Dlaczego właściwie Włoski Road Trip i pierwszy przystanek – Plaża Dwóch Sióstr
Pomysł na Włoski Road Trip narodził się spontanicznie.
Do wybrania było parę dni wolnych
w określonym terminie, a golem podróżniczym to, aby wylecieć i wrócić na
lotnisko w rodzinnym mieście, Wrocławiu. Kierunek – aby tam, gdzie ciepło. Tym
razem terminy jakoś wyjątkowo nie chciały podpasować do dostępnych lotów.
Rozważając możliwe opcje, nagle zaświtało
mi w głowie, że przecież road trip, czyli podróż polegająca na jeździe z punktu
A do punku B i zatrzymywaniu się w co ciekawszych lokalizacjach, nie musi być
tylko po USA (bo takie road trip'y są chyba najpopularniejsze)! Pomysłem na
wyjazd słało się zatem przylecieć do Bolonii, zjechać autem na południe i
wylecieć z Bari – dlaczego by nie? Po drodze tyle cudowności do zobaczenia,
tyle opcji tras do wyboru, że decyzja o kupnie lotów była szybka. Ciężej było
się zdecydować później, które punkty na drodze wybrać jako docelowe. Czas, jaki
sobie daliśmy, był jednak dość ograniczony. Dlatego też od razu postanowiłam
omijać duże miasta i kurorty, jak Bolonia, czy Rimini i kierować się do małych
miejscowości, aby zakosztować "włoskości" w możliwie najbardziej lokalnym
wydaniu. Okazało się to strzałem w dziesiątkę!
Auto (tym razem smarcik, uff że nie Skoda..;) wypożyczyliśmy,
jak zwykle, na stronie Rentalcars – świetna, przejrzysta stronka, która
porównuje oferty wielu dostępnych w danej lokalizacji wypożyczalni aut. Bez
względu na to, czy Mustanga na Florydzie, czy "pięćsetkę" na Fuerteventurze – auta
zawsze rezerwuję na Rentalcars i nigdy się nie zawiodłam. Do wyboru są opcje z
dodatkowym ubezpieczaniem, drugim kierowcą, nawigacją GPS itp.
Zazwyczaj nawet na parę dni przed wyjazdem ceny są dość przyzwoite, warto sprawdzać na bieżąco. Z resztą,
szybko połapiecie się w tej stronie, bo jest naprawdę intuicyjna.
W każdym razie, przed nami były 4
dni i planowo prawie 1000 km do przejechania! Zabraliśmy się zatem do rzeczy.
Po włoskich autostradach jedzie
się bardzo dobrze, choć niestety nie tanio (większość autostrad jest we
Włoszech płatnych), więc już po paru godzinach jazdy znaleźliśmy się w regionie
Marche, troszkę może nie docenianym, ale jakże ciekawym! Sama nie wiedziałam,
że Marche słynie na przykład z wyrabianego tu obuwia, a najbardziej prestiżowe
marki produkują swoje buty właśnie tutaj. Z czego z kolei region Marche w sumie
NIE słynie, a co okazało się odkryciem –
to arcyciekawe skaliste wybrzeże z pięknymi plażami.
Na nocleg zatrzymaliśmy się w
miasteczku Sirolo. Małym, położonym nad samym wybrzeżem, pełnym właściwie tylko
włoskich turystów, z przepysznym jedzeniem (najlepszą pastę całego wyjazdu
zjedliśmy właśnie tu – połączenie trufli i owoców morza na długo zostanie w
kulinarnej części mojego serca!) i piękną miejską plażą położoną wśród
obrośniętych zielonością skał, schodzących prosto do morza - to słowem przeuroczym!
Miasteczko SIrolo posłużyło nam
jako baza wypadowa do eksplorowania tego, co przyciągnęło mnie w ten właśnie rejon
Włoch – dzikiej plaży, Plaży Dwóch Sióstr (Spiaggia delle Due Sorelle). Włoskie
plaże, bardzo malownicze i ciekawe, kojarzą się zazwyczaj z mocno…powiedzmy, zorganizowaną
linią brzegową. Leżaki, parasolki, całe zaplecze gastronomiczno-rozrywkowe i
tym podobne historie. Ta plaża jest jednak zupełnie inna..
W linii prostej od Sirolo plaża
znajduje się zaledwie 200 m, dosłownie zatoka obok. W praktyce jednak, jest to
mocno ukryta plaża, a dostęp do niej jest właściwie tylko od strony morza
(można dopłynąć wypożyczonymi kajakami lub zorganizowanym rejsem z miasteczka).
Istnieje jednak druga opcja, bardziej wymagająca, ale i bardziej malownicza.
Jako zaprawieni po Krecie plażowi hikkowicze w japonkach, zdecydowaliśmy się
właśnie na nią – piesza wycieczka!
Zadanie mieliśmy nieco ułatwione, bo naszym przewodnikiem był mieszkający na co dzień w regionie Marche, włoski kolega – Maicol. Dojście z parkingu przy drodze, gdzie zostawiliśmy auto, a punktu widokowego z którego wyłoniła się plaża Due Sorelle zajęło nam jakieś 30 min – i był to bardzo przyjemny marsz wśród pól i prywatnych posiadłości i lekkiego lasku. Krajobraz jaki ukazał nam się z góry na cienki pasek piasku, szmaragdowo-niebieską wodę i białe, wystające z niej skały, po prostu zapierał dech w piersiach!
Aż chciało się od razu skąpać w morzu i poleżeć na plaży. Droga do tego okazała się jednak długa i mozolna.. Schody bowiem (i to tylko te metaforyczne, bo tych dosłownych niestety właśnie tu nie było!) zaczęły się jednak przy zejściu do plaży. Droga była długa, stroma i dość niebezpieczna, o czym w niektórych miejscach przypominała metalowa lina wczepiona w skały, której można (a czasami wręcz trzeba było) się chwytać. Zejście w dół zajęło nam około godziny (!), a aplikacja smartfonowa policzyła, że pokonaliśmy wysokość odpowiadającą 9 piętrom. Imponujące, co? Tym razem troszkę pożałowałam, że miałam ze sobą tylko japonki ;)
Zadanie mieliśmy nieco ułatwione, bo naszym przewodnikiem był mieszkający na co dzień w regionie Marche, włoski kolega – Maicol. Dojście z parkingu przy drodze, gdzie zostawiliśmy auto, a punktu widokowego z którego wyłoniła się plaża Due Sorelle zajęło nam jakieś 30 min – i był to bardzo przyjemny marsz wśród pól i prywatnych posiadłości i lekkiego lasku. Krajobraz jaki ukazał nam się z góry na cienki pasek piasku, szmaragdowo-niebieską wodę i białe, wystające z niej skały, po prostu zapierał dech w piersiach!
Aż chciało się od razu skąpać w morzu i poleżeć na plaży. Droga do tego okazała się jednak długa i mozolna.. Schody bowiem (i to tylko te metaforyczne, bo tych dosłownych niestety właśnie tu nie było!) zaczęły się jednak przy zejściu do plaży. Droga była długa, stroma i dość niebezpieczna, o czym w niektórych miejscach przypominała metalowa lina wczepiona w skały, której można (a czasami wręcz trzeba było) się chwytać. Zejście w dół zajęło nam około godziny (!), a aplikacja smartfonowa policzyła, że pokonaliśmy wysokość odpowiadającą 9 piętrom. Imponujące, co? Tym razem troszkę pożałowałam, że miałam ze sobą tylko japonki ;)
Ale udało się! I satysfakcja była olbrzymia, a wrażenie odkrywania tego dziewiczego miejsca jeszcze bardziej spotęgowane. Po takiej wyciecze kąpiel w morzu była, jak zbawienie. A relaks na plaży z widokiem na Dwie Siostry, czyli skały które oderwały się od klifu i wystają samotnie z wody – od których to miejsce bierze swoją nazwę – naprawdę super wypoczynkiem. Na plaży było zaledwie kilka osób, choć znane mi są zdjęcia ze szczytu sezonu, w których plaża usiana jest turystami. Na początku czerwca jednak, jest tu naprawdę przyjemnie i stosunkowo bezludnie. To co z góry wyglądało jak biały piaseczek, na dole okazało się mieszaniną piasku i dość ostrych kamyków, z przewagą jednak piasku przy wejściu do wody. Morze dość rześkie, ale tego mi właśnie w tamtej chwili trzeba było!
Wszystko fajnie, ale pozostała jeszcze powrotna wspinaczka w górę... I tu jedna ważna przestroga dla tych, którzy odwiedzą te strony – zapamiętajcie proszę w którym miejscu wchodzi się w górę, gdzie skręca aby wejść na właściwy szlak. Droga bowiem na Plażę Dwóch Sióstr jest bardzo dzika, zarośnięta, nie oczywista, a długa i łatwo jest zboczyć z kursu. Nam się niestety to przydarzyło ;)
Wspaniała to była przygoda! Po
obfitym obiedzie, zakrapianym lokalnym winem i digestivo w postaci,
charakterystycznego dla regionu, likieru Barnelli (bardzo polecanego nam przez
Maicola) oraz niezbędnym później tuzinie espresso – pożegnaliśmy włoskiego
kolegę i ruszyliśmy dalej w drogę.
Włochy są naprawdę fascynujące. Zaskakują
swoją różnorodnością (zarówno przyrodniczą, jak i kulturową) na każdym niemal
kroku. To bardzo dobrze. Za każdą podróżą tutaj można odkrywać coś nowego i
nigdy się nie nudzić.
Ciao!
Olive.








Komentarze
Prześlij komentarz